A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 24 .    

    Mahoney uznał, że Imperator w końcu zwariował. Kręcił się dookoła wielkiego, bulgoczącego garnka napełnionego do połowy dziwnie wyglądającą mieszaniną i mruczał sam do siebie.

    - Trochę tego. Trochę tamtego. Odrobina czosnku i malutko tłuszczu. Teraz kminek. Tylko szczypta. Może nieco więcej. Nie, dużo więcej. - Imperator wreszcie zauważył Mahoneya i uśmiechnął się. - Przyszedłeś w samą porę - powiedział. Daj mi to pudełko.

    Mahoney wręczył mu pięknie rzeźbioną drewnianą szkatułkę. Imperator otworzył ją i wyjął garść długich, czerwonawych rzeczy. Dla Mahoneya wyglądały one jak wysuszone ekskrementy jakiejś istoty pozaziemskiej.

    - Popatrz na nie - chwalił się Imperator. - Dziesięć lat zajęło im wyprodukowanie tego w biolaboratorium.

    - Co to jest?

    - Papryka, ty głupku. Papryka.

    - Aha, och, to wspaniale. Wspaniale.

    - Nie wiesz, co to znaczy?

    Mahoney musiał wyznać, że nie wie.

    - Chili, człowieku. Chili. Jeśli nie masz przyprawy, to nie masz chili.

    - To ważne, co?

    Imperator nie powiedział ani słowa. Po prostu wrzucił paprykę, nacisnął kilka guzików na pulpicie kuchenki, zamieszał, potem nabrał na łyżkę dużą ilość mieszaniny i podał ją Mahoneyowi. Patrzył z uwagą, jak Mahoney próbuje.

    - Całkiem niez... - i wtedy go trafiło.

    Jego twarz stanęła w ogniu, uszami wypuścił parę i nie mógł złapać oddechu. Szeroko uśmiechnięty Imperator uderzył go w plecy i podał kufel piwa. Mahoney wysuszył go jednym haustem. Sapnął.

    - Wydaje mi się, że jest w sam raz - powiedział Imperator.

    - To znaczy, że to ma być właśnie takie?

    - Jasne. Ma przypiec ci włosy na tyłku. Inaczej to nie będzie chili. - Imperator nalał dwa piwa, skinął na Mahoneya i usadowił się na wielkiej, wypchanej kanapie. - W porządku. Zarobiłeś na wypłatę w tym miesiącu. A co z następnym?

    - Chodzi o Thoresena?

    - Taa, Thoresena.

    - Zero, zero, zero.

    - Może powinniśmy zacząć działać bardziej intensywnie.

    - Zalecałem to w moim raporcie. Ale to niebezpieczne. Możemy zawalić całą sprawę.

    - Jak?

    - Lester. Mówi, że teraz jest duży ruch przy Projekcie Brawo. I znalazł drogę. Kłopot w tym, że jeśli go złapią, stracimy jedynego człowieka, który ma tam dostęp.

    Imperator myślał przez chwilę. Potem westchnął.

    - Powiedz mu, żeby ruszał. - Opróżnił swoją szklankę i napełnił ją nową porcją piwa. - A co z tą drugą sprawą?

    - Przemyt broni? No cóż, nadal nie mogę tego udowodnić.

    - Ale istnieje? To fakt, tak?

    - Taa - powiedział Mahoney. - Wiemy na pewno, że cztery planety, wszystkie rzekomo sprzymierzone z nami, wysyłają . broń na Vulcan.

    - Znowu Thoresen. Do diabła z nim. Skończmy tę zabawę. Wyślijmy tam Gwardię. Zdepczmy go.

    - No, to chyba nie jest najlepszy pomysł, szefie. To znaczy...

    - Wiem, wiem. To kiepski ruch z punktu widzenia dyr plomacji. Ale co z naszymi "kumplami" z owych czterech planet? Nie ma chyba powodu, aby nie zrobić z nimi porządku.

    - Zrobione.

    Imperator uśmiechnął się. W końcu coś się dzieje.

    - Sekcja Modliszki?

    - Wysłałem cztery zespoły - powiedział Mahoney. - Gwarantuję, że ta broń się skończy.

    - Bez dyplomatycznych reperkusji?

    - Nawet szeptu.

    Imperator lubił to coraz bardziej. Wstał ze swojej kanapy i podszedł do bulgoczącego garnka. Powąchał. Ładnie pachnie. Zaczął wyjmować dwa nakrycia.

    - Zjesz ze mną obiad, Mahoney?

    Mahoney zerwał się w pośpiechu z kanapy i skierował do drzwi.

    - Dziękuję, szefie, każdego wieczoru, tylko nie dziś. Mam...

    - Randkę?

    - Taa - powiedział Mahoney. - Chociaż nie wiem...

    I poszedł. Imperator powrócił do swojego chili. Zastanawiał się, który dworzanin zasługuje na towarzyszenie mu tego wieczoru.

następny